Grafika

Grafika
źródło google grafika

poniedziałek, 17 listopada 2014

Yggdrasil

Od kiedy pamiętam, nad miastem górowało Drzewo. Jego ogromne gałęzie rzucały cień na najwyższe budynki, a korona skrywała się wysoko w chmurach. Znajdowało się w samym centrum i było świadkiem najważniejszych wydarzeń, świąt, ceremonii i obrządków. Było również obiektem kultu. Wiele odłamów religijnych wierzyło, że Drzewo posiada boskie moce. Inne głosiły, że na Jego szczycie znajduje się kraina wiecznego szczęścia – Kraina Bogów. Ludzie z całego świata przybywali do naszego miasta zwabieni starymi legendami i pogłoskami. Większości z nich wystarczyło tylko zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z Drzewem, ale byli też i śmiałkowie, którzy próbowali wdrapać się na szczyt. Ich roztrzaskane ciała zwykle znajdowane były parę dni później pośród Korzeni.
            Moi rodzice umarli, gdy byłam bardzo malutka. Nie pamiętam już nawet, jak wyglądali. Zawsze, gdy próbuję przypomnieć sobie ich twarze widzę twarz mojego brata. To on zawsze się mną opiekował. Zastępował mi zarówno matkę, jak i ojca. Jak tylko osiągnął wiek odpowiedni do podjęcia pracy, zatrudnił się w pobliskim kamieniołomie. Pamiętam dzień, w którym wrócił ze swoją pierwsza wypłatą. Zrobiliśmy wtedy wielką ucztę. Kupiliśmy kurę i zapiekliśmy w sosie z leśnych grzybów. Wcześniej nie było nas stać nawet na bochenek chleba. Wszystkie zarobione pieniądze wydawał na mnie. Kupił mi porządne, skórzane buty, wysokiej jakości lniane ubrania, skórzany kaftan z żelaznymi ćwiekami, a na szesnaste urodziny podarował mi niedużą szmaragdową spinkę do włosów w kształcie ważki. Zapłacił nawet za to, by przyjęli mnie do szkoły i kupił potrzebne książki. Sam za to chodził w podartych ubraniach i dziurawych butach.
            Pewnego ranka po przebudzeniu nie zastałam go w domu. Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ to zawsze ja wstawałam skoro świt i szykowałam śniadanie. Na kolację również nie przyszedł. Zmartwiona poszłam go szukać. Jako pierwszy odwiedziłam kamieniołom, w którym pracował. Zarządca zaprzeczył, by go widział. Następnie zajrzałam do miejsc, w które razem chodziliśmy. Tam też go nie było. Zrezygnowana skierowałam kroki w stronę domu. Przed samymi drzwiami zatrzymała mnie staruszka zamieszkująca chatę obok. Wszyscy jej unikali, gdyż uważana była za wiedźmę.
- On już nie wróci, malutka. – powiedziała mi wtedy. Z początku udałam, że jej nie usłyszałam.
-Dziś rano twój brat wyruszył do Krainy Bogów. Jego dusza wkrótce do nich dołączy! Khe-he-he!
- Jak to? – zapytałam –Nie rozumiem dlaczego miałby to zrobić. Przecież tu, na ziemi nie żyje się wcale tak źle! Owszem, czasem jest ciężko, ale nie musi kupować mi tych wszystkich drogich rzeczy!
Odpowiedziała mi skrzeczącym śmiechem, odwróciła się i zniknęła za drzwiami swojej chaty. Zostałam sama z myślami. Na początku nie wierzyłam jej. Dni mijały, a mój brat nie wracał. W końcu teoria staruszki wydała mi się jedyną racjonalną możliwością. Przez następne miesiące codziennie chodziłam szukać jego ciała wśród Korzeni. Zwykle szczątki znajdowano po paru dniach, jednak mojego brata nigdy nie znaleziono. Wtedy postanowiłam, że za kilka lat i ja wdrapię się na Drzewo do Krainy Bogów i go odnajdę.
            Dziś, w dniu moich osiemnastych urodzin, jestem już gotowa. Długo pracowałam nad kondycją fizyczną. Uzbierałam spore zapasy jedzenia i wody. Przed wyjściem wpięłam spinkę w kształcie ważki we włosy, zarzuciłam tobołek z prowiantem na plecy i zabrałam linę wiszącą na kołku przy drzwiach. Lina może i nie była za długa, ale lepsze takie zabezpieczenie, niż żadne. Nie miałam daleko. Szybko znalazłam się przy Korzeniach. Mijający mnie ludzie nie mieli wątpliwości, co do moich planów. Odprowadzali mnie smutnym i pełnym politowania wzrokiem.
- Szkoda takiej młodej dziewczyny. –szeptali między sobą.
- Ciekawe, czy ma przy sobie coś wartościowego. – pytali się łowcy skarbów, ograbiający ciała osób, które spadły z resztek dobytku.
Oparłam lewa nogę na pniu, prawą ręką złapałam się sęku nad moją głową i podciągnęłam się. Dużo czasu spędziłam obserwując ludzi wspinających się na Drzewo, więc drogę do pierwszego konaru znałam na pamięć. Nogi same odnajdowały oparcie, a ręce punkty zaczepienia. Po kilkudziesięciu minutach wysiłek zaczął mnie męczyć. Mięśnie zaczęły się trząść. Skostniałymi palcami coraz ciężej było zawiązać linę na wystających częściach kory. Zanim zaszło słońce nie miałam sił by kontynuować wędrówkę. Od samego rana nic nie zjadłam, ani nie wypiłam. Przytulona do pnia nie miałam możliwości dosięgnąć zapasów. Moją jedyną nadzieją było jak najszybsze dotarcie na pierwsza gałąź. To była najcięższa część podróży, ale nie najbardziej niebezpieczna. Wyżej konary może i rosły w mniejszych od siebie odległościach, lecz według legend na Drzewie żyły mistyczne stworzenia, które szukały schronienia przed szybko namnażającą się ludzkością. Oczywiście większość z nich nie była nastawiona do nas pokojowo. Wręcz przeciwnie.
            Księżyc był już wysoko na niebie, kiedy wdrapałam się na pierwszą gałąź. Była tak duża, że stojąc na niej nie czuło się zakrzywienia podłoża. Spokojnie zmieściłaby się tu wioska, a nawet dwie. Jak okiem sięgnąć konar porastał mięciutki mech. Byłam tak wyczerpana, że gdy tylko się położyłam od razu zasnęłam. Obudziły mnie dopiero ciepłe promienie słońca. Poruszyłam się niezgrabnie. Całe ciało bolało mnie niemiłosiernie. Zaburczało mi w brzuchu. Dopiero teraz poczułam, jaka byłam głodna. Zjadłam kilka sucharów i popiłam wodą. Musiało mi to wystarczyć na parę następnych godzin. Dzisiaj było inaczej. Z trudem poruszałam zmęczonymi mięśniami, lecz gdy zakwasy trochę się rozbiły wspinaczka szła mi sprawniej. Około południa siły znowu mnie opuściły. Zdawało mi się, że usłyszałam łopot skrzydeł. Zatrzymałam się nasłuchując. Tak! Nie myliłam się! Coś naprawdę leciało w moją stronę. Mocniej wtuliłam się w Drzewo. Nosiłam szare ubrania, więc ciężko było mnie odróżnić od kory. Dźwięk nasilił się. Modliłam się w duchu, by kimkolwiek była ta istota, odleciała nie zauważając mnie.
- Pia. – usłyszałam w myślach obcy głos. Z wrażenia mało nie spadłam.
- Pia, nie bój się mnie. Nie zrobię ci krzywdy. Nazywam się Hugin. Na lewo stąd jest niewielka szczelina, w której możesz odpocząć. Zaufaj mi.
Bez namysłu posłuchałam rady latającego stworzenia. Rzeczywiście. Parę metrów dalej znajdowała się dziupla po jakimś dużym ptaku. W środku panowała ciemność. Na szczęście wzięłam ze sobą świeczki i krzemień. Na krawędzi wylądował mój pomocnik. Był większy od przeciętnego człowieka. Miał błyszczące, czarne pióra i lekko zakrzywiony szary dziób. Patrzył na mnie mądrymi oczyma.
- Dlaczego mi pomogłeś? – spytałam.
- To przez dług, który muszę spłacić. Nic wielkiego, ale zobowiązuje. Dobra rada. Na twoim miejscu nie spodziewałbym się uprzejmości od tubylców. Oni nie przepadają za obcymi, a w szczególności za ludźmi. – rozbrzmiało w mojej głowie.
Kruk nawet nie otworzył dziobu. Dalej spoglądał na mnie swoimi ślepiami, a jego spojrzenie przeszywało mnie na wylot. Miałam wrażenie, że zna każdą moja myśl. Chciałam go o to zapytać, ale do głowy przyszło mi coś ważniejszego.
- Czy zabierzesz mnie na szczyt Drzewa? Masz skrzydła, potrafisz latać. Udźwignięcie mnie na pewno nie stanowi dla ciebie żadnego problemu.
- Nie mogę tego zrobić. – odpowiedział telepatycznie.
-Uprzedzając twoje następne pytanie. Nie mogę tego zrobić, bo złamałbym zasady. Nie martw się, będę nad tobą czuwał. Obiecałem to twojemu bratu.
-Spotkałeś mojego brata? Gdzie on jest? Nic mu nie jest?
- O brata się nie martw. Jest w lepszej sytuacji niż ty, Pia. Zanim odlecę, dam ci jeszcze jedną radę. Nie zatrzymuj się długo na następnym konarze. Od razu ruszaj w drogę.
Hugin podreptał chwilę w miejscu, zakrakał i skoczył. Ponownie załopotały skrzydła. Odleciał. Posiedziałam jeszcze chwilę w dziupli. Bardzo się cieszyłam. Mój brat żyje! Nic mu nie jest! Nie mogłam się doczekać, kiedy znowu go zobaczę. Zebrałam swoje rzeczy i ruszyłam w dalszą podróż.
            Następny konar był nieco inny. Rosły na nim, niczym na ziemi różne rośliny, począwszy od trawy, przez zabawnie poskręcane krzaczki do pojedynczych drzew wysokości dwupiętrowego domu.
- Drzewa rosnące na Drzewie! Zabawne. – zaśmiałam się. Śmiech ucichł natychmiast, gdy zobaczyłam dym. Dym oznaczał ogień, a ogień cywilizację. Postanowiłam to sprawdzić. Za kępą krzaków stała mała chatka. Przed nią siedział mężczyzna. Miał kręcone czarne włosy, gładką bladą skórę i… rogi? Ubrany był w tunikę z fioletowego jedwabiu i stroił instrument kształtem podobny do gitary.
- Dzień dobry! – przywitałam go. Powoli podniósł na mnie wzrok. Jego oczy również były fioletowe.
- Witaj, liten. Ratatosk wspominał mi, że widział jakąś nieznajomą. Cieszę się, że spotkałaś mnie jako pierwszego. Zapraszam do środka. Na pewno jesteś zmęczona.
Nieznajomy mówił z dziwnym akcentem. Miał bardzo przyjemny głos. Weszłam za nim do pomieszczenia. Wnętrze rozświetlały białe świeczki porozstawiane chyba w każdym możliwym miejscu. W powietrzu unosił się słodki zapach perfum.
- Usiądź. – wskazał mi jeden ze stołków przy długiej ławie – Nie byłem przygotowany na gości, ale proszę. Mam nadzieję, że to wystarczy.
Przed moim nosem postawił parującą miskę jakiejś zupy. Wyglądała zachęcająco. Spróbowałam. Czegoś smaczniejszego nigdy nie jadłam. Nawet moje ulubione naleśniki z serem i cynamonem wypadały blado przy tej potrawie. Jadłam zachłannie, strasznie przy tym siorbiąc. Gospodarz nie wydawał się tym faktem zdegustowany. Uśmiechał się lekko, patrząc na mnie.
-  Błaszcziwe, to jak mam cie narzywacz? – zapytałam z pełnymi ustami.
- Mefisto. – parsknął, rozbawiony moim brakiem manier – Nazywaj mnie Mefisto.
- Pia. - przełknęłam - Miło mi. Dziękuję za gościnę. Sądziłam, że tutejsi nie przepadają za obcymi. Ty jesteś inny, dlatego mieszkasz na uboczu?
Mężczyzna ze śmiechu zgiął się w pół. Jedwabisty chichot wibrował w powietrzu. Z jakiegoś powodu poczułam dziwny ucisk w żołądku.
- Ja? Inny? – wykrztusił z trudem – Masz rację! Jestem inny! Dlatego wygnali mnie na Dolne Gałęzie. Uważali moje badania za zbyt radykalne. Nie podobało im się, że porywałem ludzi z tego miasta na dole i przeprowadzałem na nich eksperymenty. Nauka wymaga poświęceń! Już dawno nie miałem obiektu badań. Ostatni uciekł. Do tej pory nie wiem w jaki sposób. Nie martw się, tobie nie pójdzie tak łatwo. To, co właśnie zjadłaś, było silnym środkiem odurzającym. Wkrótce nie będziesz mogła się ruszać o własnych siłach.
Przez gulę w gardle nie mogłam nic powiedzieć. Zaschło mi w ustach. Pokój rozmazał się. Traciłam ostrość widzenia. Wszystko przysłoniła czarna mgła. Z głuchym łoskotem opadłam na podłogę.
            Obudziłam się w ciemnościach. Leżałam na materacu wypchanym sianem. Powietrze było zimne i wilgotne. Spróbowałam się poruszyć. Ostrożnie stoczyłam się na lodowatą posadzkę. Nic mnie nie bolało, tylko w głowie jeszcze trochę mi się kręciło. Podpełzłam do ściany, by określić jak wielkie jest pomieszczenie. Przesunęłam ręką po drewnianej powierzchni. Wydrapany był na niej jakiś napis. „PIA PSZEPRASZAM ŻE CIE OPUŚCIŁEM KOCHAM CIE”


Zdusiłam cichy krzyk. Mój brat tu był.

I co myślicie misiaczki? ;3 Podoba się? Pierwszy z cyklu czterech opowiadań na szkolny konkurs ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz