-
Szybko! Musimy się ewakuować!
Naukowcy
w pośpiechu opuszczali laboratorium. Alice została, aby włączyć alarm i
skopiować informacje z dysku twardego na pendrive’a. Szkło z szyb
ochronnych zgrzytało pod podeszwami butów. Fiolki z różnymi substancjami
leżały porozbijane na ziemi, a ich zawartość zmieszała się ze sobą i stworzyła
trujący gaz. Dziewczyna zasłoniła usta i nos rękawem fartucha. Od toksycznych
oparów kręciło jej się w głowie. Jeśli
szybko stąd nie wyjdę, umrę. Szalonym sprintem biegła w stronę wyjścia ewakuacyjnego.
Obcasy stukały w rytm wyjącego alarmu. Korytarz, przed chwilą rozświetlony
białymi jarzeniówkami, błyszczał czerwoną poświatą lamp awaryjnych. Alice
wybiegła z budynku i zaczęła kaszleć. Na zewnątrz czekał już na nią oddział
medyczny. Lekarze podali jej butlę z tlenem. Wzięła głęboki oddech
i podeszła do żołnierza kierującego ewakuacją.
-
Musimy jak najszybciej zasypać laboratorium. Obiekt badań uciekł! Jest
nosicielem śmiertelnego wirusa G.N.I.E.W. Jeśli dostanie się między ludzi
wywoła epidemię! Musicie go złapać, a laboratorium zawalić! Wirus rozmnaża się
w zastraszającym tempie. W ciągu tygodnia cała Europa zostanie zarażona!
-
Mam rozkazy pozostać na posterunku. Jak przyjedzie dowództwo wyda nam kolejne
rozkazy. Zabierzcie ją stąd! – Krzyknął na stojących w pobliżu
szeregowych.
-
Nie wiecie, co robicie! Wszyscy przez was zginiemy! Wojskowe psy! Doprowadzicie
do zagłady ludzkości! Posłuchajcie mnie!– Wrzeszczała ile sił w płucach.
Żołnierze byli niewzruszeni. Posadzili Alice razem z innymi naukowcami w
furgonetce i zatrzasnęli drzwi. Kierowca dobrze wiedział, dokąd jechać. Po
około godzinie wszyscy badacze zostali zamknięci na najniższym piętrze
wojskowego więzienia. Tak, jak rozkazali dowódcy.
Nikt nie zauważył chłopca
przeciskającego się pod drucianym ogrodzeniem i uciekającego w stronę lasu.
Nikt nie widział, jak wchodził do chatki myśliwskiej schowanej między drzewami.
Grupy poszukiwawcze przeszukały las wielokrotnie, nigdy nie znajdując
najmniejszego śladu czyjejkolwiek obecności.
Daniel
zerwał się gwałtownie z łóżka. Cały był spocony. Kołdra leżała skopana na
podłodze. To tylko zły sen. Koszmar. Powoli
się uspokajał. Do pokoju wpadało światło księżyca. Miasto wciąż spało. Na tle
nieba widać było ciemne sylwetki wieżowców.
-
To tylko zły sen.- Powtórzył głucho.
Zadrżał
z zimna. Chłopak bardzo się zdziwił. Był święcie przekonany, że wieczorem
pozamykał wszystkie okna. Wstał. Wsunął stopy w kapcie i poczłapał w stronę
źródła przeciągu. Na parapecie znalazł grudki błota. Wredny kot! Nawet na chwilę nie można go spuścić z oczu, bo od razu
nabałagani! Zebrał ziemię i wrzucił ją do stojącej obok doniczki. Paprotka
miała ułamane gałązki. Nawet kwiatka mi
pogryzł. Skrzypnęły deski. Z szafy wydobył się jęk. Ktoś jeszcze był w pokoju.
Daniel nie zdążył zareagować. Z ciemności oderwał się cień, podbiegł do
zdumionego chłopca i przyłożył mu nóż do gardła.
-
Nie krzycz. – Rozkazał twardym głosem nieznajomy.
-
Jesteś ranny. Opatrzę cię.
Obcy
spojrzał na niego nieufnie. Ścisnął mocniej zakrwawiony rękaw i odskoczył od
Daniela. Podniósł nóż i ustawił się w pozycji obronnej.
-
Nie skrzywdzę cię. Oddaj mi to, proszę. Jeszcze ktoś się zrani. – Wyjął broń z
jego dłoni. – Jak masz na imię?
Cisza.
Daniel
złapał nieznajomego za przegub zdrowej ręki i poprowadził do łazienki.
-
Gdzieś tu powinna być apteczka. – Mówił bardziej do siebie niż do nowego
towarzysza.
Obcy
okazał się być drobnym chłopcem. Miał długie, czarne włosy i duże, zielone
oczy. Skóra delikatna i blada, jakby nigdy nie widziała słońca. Na oko miał
szesnaście lat. Dwa lata mniej od Daniela.
-D-dziękuję.
– Wybąkał po założeniu opatrunku. Głos miał zachrypnięty, jakby dawno go nie używał.
-
Jak masz na imię? Jak tu trafiłeś? – Wypytywał Daniel.
Znowu
cisza. Nieznajomy bawił się kciukami. Może
za bardzo naciskam? Nie wiem nawet, jak tu trafił. I jest ranny. Na pewno jest
przerażony.
-
Gniew. Tak mnie nazywali tam, gdzie mnie stworzyli.
-
Stworzyli?
-
Tak. Uciekłem. Dawno temu. Nie bardzo pamiętam jak. Robili mi dziwne rzeczy. To
bolało. Pewnego dnia się zdenerwowałem. Wczoraj ocknąłem się w środku lasu.
Przeraziłem się i pobiegłem przed siebie. Potknąłem się, zraniłem się w ramie.
To wszystko, co pamiętam.
Okrucieństwo.
Trzymali go w laboratorium i przeprowadzali na nim eksperymenty. Bóg jeden wie,
co oni mu tam wyrabiali. Biedaczek…
Od ulicy doszedł ich hałas.
Reflektor rozświetlił wnętrze mieszkania. Łopot śmigieł helikoptera zagłuszył
rozmowę.
-
To oni! Szukają mnie! – pisnął Gniew. Osunął się nieprzytomny na podłogę.
-
OBYWATELU! WYDAJ NAM OSOBĘ, KTÓRA UKRYWA SIĘ W TWOIM MIESZKANIU. JEST BARDZO
NIEBEZPIECZNY. – ktoś z helikoptera zawołał przez megafon.
Bardzo
niebezpieczny, już to widzę. Biedak, ledwo trzyma się na nogach. Ze strachu
przed nimi zemdlał! Jak mógłbym go im wydać? Gniew poruszył się. Z cichym
warkotem podniósł się z ziemi i podszedł do okna.
-
Gniew? Hej, co ty robisz? Nie wydam cię im, możesz być spoko…
Ostatnie słowo utknęło mu w gardle. Obcy
wyskoczył przez okno, złapał helikopter i zrzucił go na ziemię. Zanurkował
zaraz za nim. Zawył, jak zwierzę zagonione w kozi róg. Zanurkował za maszyną i
z wielką siłą wgniótł ją w ziemię, lądując na niej. Fala uderzeniowa rozbiła
szyby w okolicznych budynkach. W samochodach włączyły się alarmy. Obudzeni
ludzie podchodzili do okien, zaniepokojeni hałasem. Helikopter eksplodował.
Gniew stał niewzruszony w samym centrum wybuchu. Nie miał poparzeń, ani zadrapań.
Nawet rana na jego ramieniu zniknęła. Daniel nie myśląc wiele wybiegł na
zewnątrz tak, jak stał – w kapciach i w piżamie.
-
Gniew! Gniew, uspokój się! Oni już nie żyją. Nikt cię już nie skrzywdzi. Nie
oddam cię im! Uspokój się.
Chłopiec spojrzał na Daniela pustym wzrokiem.
Źrenice miał rozszerzone. Rozłożył ręce na boki. Z jego skóry oderwały się
czarne drobinki. Rozprzestrzeniły się w powietrzu, wirując jak płatki śniegu.
Przyklejały się do każdej powierzchni, a gdy dotknęły człowieka natychmiast
wchłaniały się do organizmu.
Na rękach i nogach Daniela pojawiły
się ciemne plamy. Rozrastały się w zawrotnym tempie, pokrywając całe ciało.
Oczy zaszły mu czerwoną mgłą. Poczuł, jak ogarnia go nieopanowana złość.
Nienawiść do całego świata. Do wszystkiego, co żyje. Do samego siebie. Miał
ochotę coś rozwalić. Coś dużego. Najlepiej, żeby przy tym ucierpiało paru
ludzi. Tak! Patrzeć na ludzkie cierpienie. Tego pragnął w tej chwili. Podniósł
kamień i cisnął nim w okno stojącego obok auta. Rozprysnęło się w drobny
mak. Daniel obrócił się. Niszczenie wprawiło go w dobry nastrój. Miał ochotę na
więcej. Wyrwał stojący przy drodze znak. Nie wiedział skąd wziął tyle siły, by
go unieść, ale to nie miało znaczenia. Jedyne, co się teraz liczyło to demolka.
Poczuł ból w tylnej części głowy. Chyba czymś oberwał. Świat pociemniał i
zgasł. Chłopak stracił przytomność.
Otworzył oczy. Biel pomieszczenia
raziła. Daniel leżał w szpitalnym łóżku. Podłączony był do dziwnej aparatury.
Spróbował poruszyć kończynami. Nic z tego. Nie miał na sobie żadnych ubrań.
Od koniuszków palców, po czubek głowy otoczony był bandażem. W kącie
wisiała kamera przemysłowa. Chwilę później usłyszał szybkie kroki.
-
Obudził się. – powiedział kobiecy głos.
-
Dziwne. Z takimi obrażeniami powinien był zginąć na miejscu. Lepiej by było,
gdyby umarł. – odpowiedział jej mężczyzna.
-
I tak nie pożyje za długo. Ma poważny uraz mózgu. To warzywo nie człowiek.
Rozmówcy weszli do środka. Szczupła,
wysoka blondynka w stroju pielęgniarki i barczysty brunet w fartuchu.
-
Patrzy jakoś nieprzytomnie. – stwierdziła pielęgniarka.
Mężczyzna pomachał otwartą dłonią
przed oczami Daniela - zero reakcji. Zaświecił latarką w źrenice – też nic.
-
Słyszysz, co do ciebie mówimy, chłopcze? – zapytała kobieta.
Daniel bardzo chciał odpowiedzieć.
Starał się z całych sił. Na daremnie. Był więźniem we własnym ciele.
-
Dla niego nie ma już ratunku. Wojskowi się o niego upominali. Dłużej nie możemy
go tu trzymać.
-
Sugerujesz, żebym go odłączył?
-
Śmierć jest dla niego najlepszym rozwiązaniem. Niedobrze mi się robi, na samą
myśl o tym, co przewidzieli dla niego jajogłowi.
-
To niewłaściwe. Odłącz go. Nie zniósłbym, gdyby kolejny chłopak trafił do tych
nieludzi.
Daniel krzyczał ile miał sił. Żaden
dźwięk nie wydobywał się z jego gardła. Pielęgniarka wyłączyła urządzenie
podtrzymujące funkcje życiowe. Wszystko pociemniało i ucichło. Nie czuł już
bólu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz