Na dworze było szaro i ponuro. Niebo wyglądało, jakby zaraz miało spaść na ziemię, miażdżąc wszystko na swojej drodze. Powietrze również było ciężkie. Zapowiadało się na deszcz.
Alice jak zwykle w takie dni, szwendała się z kąta w kąt nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie mogła już dłużej znosić tego letargu, więc postanowiła wyjść na spacer do miasta. Szybko się ubrała i wyszła z domu, trzaskając drzwiami. Grube buciska głucho dudniły na kamiennych schodach.Dziewczyna zeskoczyła z trzech ostatnich stopni, po czym pchnęła ciężkie, dębowe drzwi. W twarz uderzył ją podmuch zimnego wiatru. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz.
-Ale z-zimno.-jęknęła.
Zapięła czarny płaszcz pod samą szyję i otuliła się szczelniej szalikiem.
-No, to w którą stronę teraz?-zapytała samą siebie.
Stała na środku brukowanej ulicy, wzdłuż której wznosiły się zabytkowe kamienice. Po chwili wahania, nieśpiesznym krokiem ruszyła w kierunku centrum miasta.
Na rynku głównym nie było żywej duszy. Jakby wszystkich przeraziła niepewna pogoda. Alice westchnęła cicho, siadając na ławce, na środku placu.
-Tu też nie ma nic ciekawego.-mruknęła do siebie zrezygnowana.
Nagle w jednej z alejek coś się poruszyło. Zaintrygowana dziewczyna poszła to sprawdzić. W ciemnym zaułku stały dwie postacie. Jedna z nich, wysoka i szczupła wyraźnie groziła niskiej i pulchnej. Alice podeszła najbliżej jak mogła, by nie zostać zauważoną.
-Próbowałem! Robiłem, co mogłem! To nie moja wina!-odezwała się jedna z postaci.
-Oczywiście. To nie twoja wina.- odpowiedziała mu druga osoba. Wysoki mężczyzna pochylił się i podniósł deskę długości przedramienia, z ponabijanymi na nią gwoździami.
-Cz-czekaj! C-co chcesz z tym zrobić?! Mówiłem ci, że...
-TO...NIE...TWOJA...WINA...-dokończyła za niego szczupła postać, okładając deską po głowie niskiego mężczyznę. Skończył dopiero, gdy broń złamała się na głowie ofiary.
-Ale ty za to zapłaciłeś.-wyszeptał oprawca i pozwolił bezwładnemu ciału upaść na ziemię.
Alice była przerażona. Kolana jej drżały, nie była w stanie oddychać. Modliła się w duchu, by zabójca nie usłyszał łomotu jej serca w klatce piersiowej. Zaczęło kręcić jej się w głowie. Nie słyszała już nieprzyjemnego śmiechu i trzasku łamanych kości, gdy mężczyzna kopał zwłoki. Upadła.
-Panienko, obudź się.-usłyszała czyjś głos.
Powoli otworzyła oczy. Leżała w łóżku, we własnym pokoju. Obok niej stała pulchna kobieta o rudych, kręconych włosach i niebieskich oczach.
-Panienko! Wstań, bo spóźnisz się do szkoły.
-Ehem...-mruknęła dziewczyna i przekręciła się na drugi bok.
-Panienko! Nie mamy czasu!-prosiła pokojówka.
-Już, już. Wstaję.-Alice podniosła się z łóżka.
-W takim razie za piętnaście minut przyniosę panience śniadanie.-oznajmiła kobieta, po czym wyszła z pomieszczenia.
Dziewczyna podeszła do okna i otworzyła je. Świeże powietrze wypełniło pokój, od razu ją rozbudzając. Następnie dziewczyna włożyła mundurek szkolny, na który składały się białe pończochy, czarne pantofle, biała koszula, ciemno-bordowa spódnica i kamizelka. Na szyi zawiązała sobie złotą chustę, a długie blond włosy spięła czerwoną kokardą. Na śniadanie zjadła tosty ze słodkim dżemem, po czym wyruszyła do szkoły.
Ten jesienny dzień zapowiadał się całkiem dobrze jak na poniedziałek. Słoneczko delikatnie przygrzewało i dodawało blasku złoto-czerwonym liściom. Alice czuła się jednak niepewnie. Wciąż miała zawroty głowy. Tuż przed dotarciem do celu musiała podtrzymać się ściany, by nie upaść. Podniosła głowę. Jej wzrok zatrzymał się na otwartym oknie budynku na przeciw szkoły. Stał w nim jakiś mężczyzna i przyglądał się jej. Dziewczyna przypomniała sobie wydarzenia z ostatniej nocy. Ta sama osoba, która poprzedniego wieczoru zabiła człowieka, patrzyła teraz na nią. Spanikowana dziewczyna pobiegła do szkoły ile sił w nogach.
Lekcje jak zwykle były nudne i dłużyły się niemiłosiernie. Alice pierwszy raz w życiu cieszyła się z tylu godzin spędzonych w tym przybytku nauki. Bała się końca zajęć. Miała dziwne wrażenie, że gdy tylko opuści tren szkoły tamten zabójca ją dopadnie. Nie mogła jednak pozostać tutaj do końca życia. Wraz z ostatnim dzwonkiem zerwała się z miejsca i pobiegła do szatni. Zebrała wszystkie swoje rzeczy i dołączyła do grupki uczniów, którzy, jak jej się wydawało zmierzali w kierunku jej domu. Nie myliła się, bowiem odprowadzili ją prawie pod samą kamienicę. Od drzwi dzieliła ją tylko wąska alejka.Odłączyła sie od grupy, która nawet nie zauważyła jej zniknięcia.
-Czasem czuję się jak duch.-mruknęła do siebie.
-Och, uwierz mi nie jesteś duchem.- odpowiedział ktoś za jej plecami.
Przestraszona dziewczyna pisnęła i powoli się odwróciła. Człowiek, który się odezwał uśmiechał się nieprzyjemnie.
-Sprawiłaś mi wczoraj sporo problemów. Nie dość, że musiałem pozbyć się ciała, to jeszcze zanieść cię do domu, a lekka to ty nie jesteś.
-Dosyć tego! Przegiąłeś! Jeszcze rozumiem zabójstwo, ale sugerować, że jestem gruba?! Prosisz się o śmierć!
Mężczyzna roześmiał się.
-O co ci znowu chodzi?
-Nie...Nic...-zdołał wykrztusić mężczyzna dławiąc się ze śmiechu.
-Z resztą nieważne. Wracam do domu.-obróciła się na pięcie i zrobiła krok w kierunku kamienicy.
Mężczyzna złapał ją od tyłu, unieruchamiając jej ręce.
-Puszczaj mnie!-krzyknęła.
-Niestety muszę odmówić. Mam do ciebie prośbę, a ty nie możesz mi odmówić.
-Nic dla ciebie nie zrobię! Jesteś zwykłym mordercą! Puszczaj mnie!
Uścisk nie zelżał, wręcz przeciwnie-zacieśnił się.
-Puść mnie powiedziałam!-szarpała się.
-Uratowałem ci życie. Oszczędziłem, a mogłem zabić.-szeptał. Ton jego głosu zmienił się. Mroził krew w żyłach.-Masz u mnie dług, Alice. Zrobisz, co ci każę, albo zginiesz.
Morderca wyjął sztylet i przyłożył jej go do gardła. Broń była tal ostra, że przecięła skórę. Z szyi dziewczyny popłynęła krew. Alice przestała się szarpać.
-Tak lepiej. A teraz chodź. Lepiej nie próbuj uciekać, bo i tak cię złapię, a wtedy nie będzie już litości.
Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Dziewczyna wzdrygnęła się, ale widząc, że nie robi to żadnego wrażenia na mężczyźnie podała się jego woli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz